Droga krzyżowa dla kapłanów i osób konsekrowanych

ŚWIADKOWIE NAJWIĘKSZEJ MIŁOŚCI

 Modlitwa wprowadzająca

Jezu Chryste, Ty powołujesz nas, kapłanów i osoby konsekrowane, do szczególnie mocnej więzi z Tobą, do naśladowania Ciebie i do wytrwania przy Tobie w każdej sytuacji. Twoi pierwsi uczniowie wszędzie Ci towarzyszyli: od Kany Galilejskiej do Wieczernika. Nie modlili się jednak z Tobą w Ogrodzie Oliwnym. Ulegli słabości i posnęli. A gdy pozwoliłeś się aresztować, wtedy przerazili się i opuścili Ciebie. Tylko Jan pojawił się pod krzyżem obok Twojej Matki.

Nie oceniamy Twoich uczniów. Wiemy, że nikt z nas nie może zagwarantować, że miałby więcej odwagi od apostołów. Nikt z nas nie może być pewny tego, że trwałby odważnie przy Tobie i że szedłby obok Ciebie uliczkami Jerozolimy wtedy, gdy dźwigałeś nie Twój przecież krzyż. Chcemy być przy Tobie w tym nabożeństwie Drogi Krzyżowej. Nie jesteśmy w stanie cofnąć czasu o dwa tysiące lat po to, żeby pomóc Ci w dźwiganiu tamtego krzyża. Jednak możemy i chcemy towarzyszyć Ci duchowo na drodze ku Golgocie, którą przemierzasz ciągle na nowo, bo my, ludzie tej ziemi, ciągle na nowo zadajemy Ci cierpienia naszą niewiernością. Ciągle też na nowo chcemy się upewniać, że kochasz nas aż do śmierci na krzyżu, aż do końca.


STACJA I
Jezus skazany przez arcykapłanów i polityków

Syn Boży przyszedł do nas w ludzkiej naturze, byśmy dosłownie zobaczyli Jego miłość. Stał się do nas podobny we wszystkim, oprócz grzechu. To właśnie na Niego został wydany najbardziej niesprawiedliwy wyrok w historii ludzkości. Jezus, który przeszedł przez ziemię, wszystkim dobrze czyniąc, został potraktowany jak złoczyńca i skazany na najbardziej okrutną formę kary śmierci. Ten wyrok wydali konkretni ludzie. Ich nazwiska znamy z historii. Niektórzy z nich byli duchownymi, a nawet arcykapłanami. Postanowili wydać swojego rodaka w ręce okupanta. Ta historia potwierdza, że źli ludzie uczynią wszystko, żeby walczyć z tym, kto bardzo kocha. Ci, którzy nie kochają, są bowiem zawsze gotowi sprzymierzyć się z kimkolwiek, byle tylko zrealizować swoje przewrotne plany, utrzymać się u władzy i zlikwidować tych, którzy niepokoją ich sumienia.

Również w naszych czasach Jezus jest ponownie skazywany na śmierć czy banicję. Ludzie złej woli próbują skazywać Go na nieobecność w życiu publicznym i społecznym, w świadomości dzieci, młodzieży i dorosłych. A gdy wspominają o Jezusie, to tylko po to, by sobie z Niego kpić, by tworzyć bluźniercze sztuki teatralne czy filmy. Kpienie z Chrystusa stało się jedyną formą antysemityzmu, jaką obecnie dopuszczają możni tego świata na naszym kontynencie. Według współczesnej „poprawności" politycznej nie wolno kpić z żadnego Żyda poza tym jednym, który kocha najbardziej i który najbardziej został skrzywdzony przez swoich rodaków i przez ówczesną Unię Europejską.

Zadaniem nas, księży i osób konsekrowanych, jest przypominanie ludziom tej ziemi, że to nie Bóg nakłada na nas krzyże, lecz że to my nałożyliśmy krzyż na Boga, gdy z miłości do nas stał się człowiekiem. Bóg nie jest krzyżem. Bóg nie jest cierpieniem. Bóg jest miłością i radością. Syn Boży nie przyszedł na ziemię po to, by nasze krzyże stały się cięższe, lecz przeciwnie - po to, by Jego radość w nas była i by nasza radość była pełna. To my mamy być świadkami tego, że to nie Bóg krzyżuje człowieka, lecz że to człowiek krzyżuje Boga.


STACJA II
Jezus przyjmuje krzyż, bo kocha

Jezus nie był naiwny ani bezradny. Wiedział o tym, że jest całkowicie niewinny. Wiedział też i o tym, że łatwo mógłby obronić się przed swoimi prześladowcami. Czynił to wcześniej już wielokrotnie. Już wcześniej przecież źli ludzie nieraz usiłowali Go zabić. Nieraz chcieli strącić Go ze skały tam, gdzie nauczał i uzdrawiał ludzi. Tym razem Jezus czyni wyjątek. Tym razem pozwala się aresztować i skrzywdzić. Świadomie i dobrowolnie bierze krzyż na swoje ramiona. Sam wcześniej zapowiadał uczniom, że przyszedł na tę właśnie godzinę. Przyszedł po to, byśmy zobaczyli, jak bardzo nas kocha - do krzyża, do Golgoty, do śmierci, do końca. O tak wielkiej miłości Boga nie mógłby opowiedzieć nam żaden człowiek.
Krzyż, który Jezus bierze na swe ramiona, to cena, jaką płaci za nasze zbawienie. To cena, jaką wcielony Syn Boży płaci za to, byśmy już nigdy nie zwątpili w Jego miłość. To cena, jaką Umiłowany Syn Ojca płaci za to, że nieodwołalnie kocha nas, grzesznych, a czasem przewrotnych ludzi. On wie, że najbardziej czujemy się pewni miłości tych, którzy za nas najbardziej cierpią.

Każdy ksiądz i każda siostra zakonna, każdy z tu obecnych, jest powołany do świadczenia o tej bezwarunkowej i ofiarnej miłości Boga do ludzi. Każdy ochrzczony powołany jest do tego, by kochać na podobieństwo Jezusa także wtedy, gdy ludzie odpłacają nam złem za dobro. Także wtedy, gdy skazują nas na współczesne formy opluwania, wyszydzania, koronowania cierniem, poniżania, wykluczania, zabijania. Także wtedy, gdy będą nas zadręczać i o śmierć nas przyprawią, jak postąpili z ks. Jerzym Popiełuszką. Także wtedy, gdy będą nasyłać na nas płatnych morderców i do nas strzelać, jak strzelali do Jana Pawła II. Być świadkiem Jezusa to kochać i trwać przy Zbawicielu w każdej sytuacji, za każdą cenę i w obliczu każdego, najbardziej nawet niesprawiedliwego wyroku, jaki mogą na nas wydać ludzie, którzy walczą z Bogiem.


STACJA III
Jezus upada pod krzyżem, bo nie korzysta z boskiej mocy

Jezus upadł pod krzyżem, na który nie zasłużył i którego ciężar był na granicy jego ludzkiej wytrzymałości. Mógłby nieść ten krzyż swoją boską mocą, którą wcześniej tak bardzo zachwycał i zdumiewał swoich słuchaczy. Tym razem ograniczył się do korzystania jedynie ze swojej ludzkiej siły. Chciał nas przez to upewnić, że wie, co to znaczy dźwigać krzyż ponad siły i pod nim upadać. Jemu nie było potrzebne takie doświadczenie, gdyż Bóg we wszystkim rozumie nas i w pełni zna naszą sytuację, zwłaszcza wtedy, gdy czujemy się bezradni i zrozpaczeni. On jednak chciał, byśmy byli tego pewni. To właśnie dlatego w dźwiganiu krzyża nie pomagał sobie swoją boską mocą. Chciał, byśmy zobaczyli Go w sytuacji, w której stał się podobny do nas także w naszej ludzkiej bezsilności i bezradności.
Po grzechu pierworodnym my, potomkowie Adama i Ewy, często upadamy pod różnymi krzyżami. Nie są to jednak krzyże, które nakłada na nas Bóg. To są krzyże, które w naszej słabości i grzeszności nakładamy na samych siebie. Albo są to krzyże, które inni ludzie na nas niesłusznie nakładają. Jezus upewnia nas o tym, że do Niego możemy przyjść z każdym naszym krzyżem: kto chce być moim uczniem, niech weźmie swój krzyż i niech przyjdzie do mnie (por. Mt 16, 24). W tych słowach Jezus upewnia nas o tym, że nie musimy być doskonali, wolni od cierpień i zawsze radośni, jeśli chcemy przyjść do Jezusa i jeśli chcemy Go naśladować. Przeciwnie, możemy przyjść do Niego z naszą bezradnością, poranieni, przywaleni naszymi ludzkimi krzyżami. On sprawi, że nasze krzyże staną się lżejsze, gdyż dzięki Niemu i przy Nim my staniemy się mądrzejsi i silniejsi.

Gdy trwamy przy Chrystusie, gdy ufamy Mu bardziej niż samemu sobie, gdy jesteśmy pewni Jego obecności i miłości, gdy modlimy się i zachowujemy Jego przykazania, to w każdej sytuacji i w obliczu najtrudniejszej nawet próby z pomocą Zbawiciela jesteśmy w stanie wytrwać, podnieść się i pójść dalej drogą wierności i świętości. A podnosząc się z naszych słabości i upadków, tym bardziej rozumiemy tych, którzy potrzebują Bożej i naszej pomocy, aby się podnieść.


STACJA IV
Maryja trwająca przy Jezusie

Uczniowie Jezusa byli przerażeni po aresztowaniu ich ukochanego Mistrza. Stracili nadzieję. Poczuli się całkowicie przegrani. Nie rozumieli tego, co się stało, bo oto ten, w którym odkryli Zbawiciela, został potraktowany jak złoczyńca i wydany w ręce złych ludzi. Apostołowie byli przekonani o tym, że Jezus definitywnie przegrał w konfrontacji z faryzeuszami, z plemieniem żmijowym, ze ślepymi przewodnikami, którzy do tego stopnia manipulowali tłumem ludzi dobrej woli, że tłum ten wykrzyczał: Ukrzyżuj Go!
Dwa tysiące lat później dobrze rozumiemy rozczarowanie i przerażenie uczniów Jezusa. Wiele znaków wskazuje na to, że dziś tamta sytuacja się powtarza. Również w naszych czasach ludzie bez sumienia, ludzie przewrotni, ludzie zdemoralizowani walczą z Bogiem i Kościołem. Angażują w tę walkę profesjonalistów od manipulacji, instytucje państwowe, media, naukowców, artystów, celebrytów. W sposób szczególny walczą z nami, duchownymi. Oskarżają nas o całe zło tego świata. Niektórzy spośród nas im w tym pomagają, bo ulegają swojej słabości i dają podstawy do ataku na Kościół.

W cywilizacji egoizmu i śmierci, w cywilizacji przyzwalania na każde zło, w cywilizacji chrystofobii i tolerowania wszystkiego poza Kościołem katolickim naszą nadzieją jest Maryja, Matka Jezusa. Ona trwała wiernie przy swoim Synu na drodze krzyżowej. W najtrudniejszym momencie historii zbawienia okazała się ową resztą Izraela sprawiedliwego i wiernego Bogu. To na Jej widok Jezus podniósł się i okazał się silniejszy od ciężaru krzyża. W każdej trudnej sytuacji - dla nas osobiście, dla parafii, diecezji, dla całego Kościoła - Maryja jest nam dana przez Boga jako Matka i Pocieszycielka, jako Wspomożenie Wiernych i Królowa Kapłanów, jako najwyższy wzór dla wszystkich osób konsekrowanych. Ona jest Bożą Gwiazdą w ciemnościach i Matką nowej ewangelizacji. Gdy uciekamy się pod Jej obronę, to Ona w każdej sytuacji prowadzi nas do Jezusa i pomaga uczynić wszystko, co On nam powie.


STACJA V
Szymon przymuszony do pomagania Jezusowi

Żołnierze przymusili Szymona, by pomógł Jezusowi dźwigać krzyż. Nie uczynili tego ze współczucia czy dobrej woli. Przeciwnie, kierowali się przewrotną motywacją. Chcieli mieć pewność, że Jezus zaniesie krzyż aż na Golgotę. Tam będą mogli rzucić los o Jego szaty i zrealizować do końca widowisko przeznaczone dla plebsu.

Przymuszony Szymon nie miał wyjścia. Wiedział, że nieposłuszeństwo wobec bezwzględnych żołnierzy mogłoby się źle dla niego skończyć. Przyłączył się do Jezusa i na swój sposób zaczął Mu pomagać. Nie była to jednak pomoc udzielana z przekonania, z potrzeby serca. Pomagał chyba w taki sposób, by się nie nadźwigać. Niedługo później Jezus znowu upadnie. Nie każda pomoc jest pomocą prawdziwą. Naprawdę pomagać w dźwiganiu tego, co trudne i bolesne, potrafi tylko ktoś, kto kocha.

Kapłani, siostry zakonne, wszystkie osoby konsekrowane, misjonarze - my wszyscy jesteśmy posłani przez Jezusa do ludzi tej ziemi, którzy jakże często przygniatani są ciężarami życia. Powinniśmy różnić się od Szymona. Bóg chce, byśmy pomagali im z miłości. I z żadnego innego motywu! Mamy pomagać ofiarnie i mądrze jednocześnie. Mamy pomagać całemu człowiekowi - z ciałem i duchem, z jego problemami materialnymi, psychicznymi i społecznymi - tak jak to czynił Jezus. Misją Kościoła, misją kapłanów i osób konsekrowanych jest troska o całego człowieka tu i teraz, a nie tylko troska o jego duszę po śmierci. Przyszłość jest w ręku Boga. My jesteśmy przez Stwórcę powołani do tego, by z miłością, z serca, bezinteresownie, wielkodusznie troszczyć się o świętą teraźniejszość ludzi, których Bóg nam zawierza.


STACJA VI
Odważna kobieta - ikona Jezusa

Na drodze krzyżowej nie podszedł do Jezusa żaden z Jego uczniów. Wspierały Go jedynie kobiety. Najpierw Jego Matka, Maryja. Później nieznana nam kobieta, której tradycja nadała symboliczne imię „Weronika", czyli prawdziwa ikona, prawdziwy obraz miłości Boga do człowieka. Ta kobieta była podobna do Maryi - wrażliwa i odważna w czynieniu dobra. Ta sytuacja powtarza się również w naszych czasach. Kobiety w Kościele Chrystusa zajmują szczególną rolę. Wiele z nich jest odważnymi świadkami Boga w środowiskach, do których kapłani i osoby konsekrowane nie docierają na co dzień: w małżeństwach i rodzinach, w przedszkolach, szkołach i domach dziecka, w zakładach pracy i organizacjach charytatywnych, w mediach, kulturze i sztuce, w służbie zdrowia, w poradniach, w ośrodkach dla ludzi załamanych, samotnych, umierających.

Wiele współczesnych kobiet jest podobnych do Weroniki. To kobiety ofiarne, wierne, odważne w dobru, zaangażowane w parafiach, w liturgii, w grupach formacyjnych, w dziełach Caritas. Siostry zakonne i wszystkie kobiety konsekrowane powołane są do bycia takimi odważnymi Weronikami XXI wieku. To nie przypadek, że nie jakaś żona i matka, lecz kobieta konsekrowana - Matka Teresa z Kalkuty - stała się dla współczesnego świata ikoną kobiecego geniuszu i symbolem ofiarnej miłości na podobieństwo miłości Chrystusa. To nie przypadek, że to kobieta - Siostra Faustyna - stała się w cywilizacji egoizmu i śmierci wyjątkowym świadkiem miłosiernej miłości Boga do człowieka.

Zadaniem sióstr zakonnych i każdej kobiety konsekrowanej jest stawanie się podobnymi do Maryi, do Weroniki, do wielkich kobiet w historii Kościoła. A zadaniem kapłanów jest takie wychowywanie dziewcząt oraz takie duchowe wspieranie kobiet, by dorastały do swego kobiecego geniuszu, by żyły prawdą, dobrem i pięknem, by promieniowały czystością i miłością.


STACJA VII
Jezus po raz drugi silniejszy od krzyża

Szymon towarzyszył Jezusowi tylko przez część drogi krzyżowej. Później osamotniony Jezus po raz drugi upadł i po raz drugi okazał się silniejszy od ciężaru krzyża. Zbawiciel upewnia nas o tym, że kto kocha, ten staje się silniejszy od zewnętrznych ciężarów życia i od samego siebie: od swojego ciała, lęków, poczucia bezradności. W odniesieniu do człowieka największą mocą nie jest siła fizyczna, lecz miłość, A największy cud ma miejsce wtedy, gdy zaczyna kochać ktoś, kto jeszcze czy znowu nie kochał. Uczeń Jezusa wie, że nie ma takiego dna, z którego człowiek nie mógłby się odbić, jeśli wie, że jest kochany przez Boga i jeśli sam zaczyna kochać.

Człowiek upada pod różnymi krzyżami. Jedne z nich to krzyże, które nakładają na nas inni ludzie, gdy nas krzywdą, zamiast kochać i wspierać. Są jednak i takie krzyże, które w naszej słabości i grzeszności nakładamy na samych siebie. Jeśli upadamy pod krzyżem własnych słabości i grzechów, wtedy warunkiem powstawania jest nawrócenie. A nawracać się to nie tylko uznać swoje winy, wyspowiadać się i przeprosić Boga za popełnione zło. To wszystko jest konieczne, lecz stanowi jedynie początek, punkt wyjścia w nawróceniu. Nawracać się naprawdę to nie tylko przestać grzeszyć. To stawać się kimś podobnym do Jezusa. To kochać bardziej niż dotąd. To zło zwyciężać dobrem. Każdy ksiądz i każda osoba zakonna potrzebuje nieustannego powstawania od zła do dobra, od grzechu do miłości. Jesteśmy powołani do tego, by kochać bardziej niż wczoraj.

Naszym powołaniem jest nie tylko powstawanie z grzechów, nawrócenie i wypływanie na głębię człowieczeństwa - aż do świętości. Naszym powołaniem jest też pomaganie innym ludziom, którzy są przytłoczeni krzyżami własnej słabości lub krzyżami krzywdy, którą ktoś inny im wyrządza. W Kościele dysponujemy najlepszą z możliwych terapii, gdyż pomagamy ludziom mocą Bożej prawdy o człowieku i Bożej miłości do człowieka. To nie przypadek, że najbardziej skutecznego sposobu na powstawanie z choroby alkoholowej nie wymyślili psycholodzy czy terapeuci uzależnień, lecz dwaj alkoholicy, którzy odkryli, że nie pomoże im żadna mniejsza siła niż Bóg.


STACJA VIII
Jezus uczący kobiety mądrości

Jezus zatrzymuje się przy grupie płaczących kobiet. One szczerze Mu współczują. Być może były wcześniej w tłumie ludzi dobrej woli, który wsłuchiwał się w słowa Jezusa. Być może widziały Jego cuda i doświadczyły Jego dobroci. Być może ktoś z ich bliskich dzięki spotkaniu z Jezusem nawrócił się czy odzyskał zdrowie. One wiedzą, że Jezus jest niewinny, że został straszliwie skrzywdzony. Współcierpią z Jezusem. On jednak patrzy w głąb ich serca oraz w głąb ich życia. Jezus wie, że tym kobietom dużo jeszcze brakuje do dojrzałości i świętości. Właśnie dlatego wypowiada twarde słowa: „Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi" (Łk 23, 28).

Kobiety płaczące nad losem Jezusa nie były tak dojrzałe jak Maryja czy Weronika. W swoim powierzchownym patrzeniu na rzeczywistość i w swojej naiwności nie uświadamiały sobie tego, że Jezus został skrzywdzony przez konkretnych ludzi: przez ich rodaków, a może nawet przez kogoś z ich krewnych. Nie uświadamiały sobie tego, że On dźwiga krzyż grzechów tych kobiet, a także krzyż grzechów ich bliskich, których one nie potrafiły szlachetnie wychować.

W tej stacji Jezus przypomina nam o tym, że wrażliwość i dobra wola nie wystarczą, by mądrze radzić sobie z wymaganiami, jakie stawia przed nami życie. Potrzebna jest mądrość, wyciąganie wniosków z naszych własnych grzechów i słabości, a także z grzechów i słabości innych ludzi. Zadaniem kapłanów i osób konsekrowanych jest pomaganie dziewczętom i kobietom, by były nie tylko dobre, ale i mądre, by stawiały twarde wymagania i samym sobie, i mężczyznom, na których mają wpływ: ojcom, mężom, braciom, narzeczonym. Zadaniem kobiet konsekrowanych jest bycie dla innych wzorem kobiety czystej jak gołębica, a jednocześnie sprytnej jak wąż. Sprytnej w okazywaniu miłości, gdyż prawdziwa miłość jest nie tylko ofiarna, ale też mądra.


STACJA IX
Jezus podnoszący się po raz trzeci

Czasem jesteśmy tak bardzo zmęczeni czy przytłoczeni obowiązkami, ciężarami dnia powszedniego, własnymi słabościami, a także ciężarami, którymi dzielą się z nami inni ludzie, że chcielibyśmy ukryć się przed światem i chociaż trochę odpocząć. Gdy myślimy o takich sytuacjach, wtedy łatwiej jest nam uświadomić sobie położenie Jezusa, który resztkami sił zbliżał się do wzgórza Golgoty. Wiedział, co Go tam czeka. Patrząc z Jego perspektywy, lepiej by było, gdyby nie dał rady dojść do szczytu i gdyby umarł po drodze. Zaoszczędziłby sobie najokrutniejszego cierpienia, które było dopiero przed Nim. Mimo to Jezus powstał i z tego trzeciego upadku. Chciał, by wypełniło się wszystko zgodnie z zapowiedzią Pisma: Będą patrzeć na Tego, którego przebodli (J 19, 37).

Gdy myślimy o trzecim upadku i o trzecim powstaniu Jezusa, to przychodzą nam na myśl najcięższe upadki ludzi tej ziemi, za które Syn Boży cierpiał najbardziej. Wśród tych upadków są też nieliczne, ale potworne upadki kapłanów i osób konsekrowanych. Nic tak nie boli, jak grzechy i krzywdy, które zadają osoby powołane do bycia świadkami Bożej miłości. Najbardziej bolesne upadki i grzechy osób duchownych mają miejsce wtedy, gdy wiążą się z wyrządzaniem niewyobrażalnych krzywd i z zadawaniem dotkliwych cierpień drugiemu człowiekowi, a zwłaszcza dzieciom i młodzieży. Tak jest w przypadku pedofilii. Nie mniej bolesne są także inne grzechy nieczyste czy inne ciężkie grzechy ludzi Kościoła.

W tej stacji Drogi Krzyżowej przypomnijmy sobie słowa Jezusa: Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli (J 8, 32). Powstawanie z najcięższych nawet grzechów zaczyna się od uczciwego rachunku sumienia, od publicznego nazwania zła złem. Nie wolno czekać, aż ktoś z zewnątrz wypomni nam nasze winy i grzechy. Z zewnątrz można trafnie wskazać słabości ludzi Kościoła, ale odnowa może nastąpić tylko od wewnątrz - mocą naszej więzi z Jezusem i pod warunkiem rzeczywistego nawrócenia. Jezus powstaje z trzeciego upadku. On pomoże nam powstać z każdego naszego upadku, ale pragnie, byśmy już do zła nie powracali. On nie chce naszego zadręczenia, lecz nawrócenia.


STACJA X
Jezus promieniujący czystością

Jezus jest świętością, czystością, samą wrażliwością. Nikogo z ludzi nie rani aż tak bardzo naruszenie godności i intymności człowieka, jak wcielonego Syna Bożego. Gdy o tym pamiętamy, wtedy rozumiemy, że największe cierpienie spotkało Jezusa właśnie w tej stacji Drogi Krzyżowej, gdy okrutni żołnierze zdarli z Niego szaty. Nawet takiego okrucieństwa źli ludzie nie zaoszczędzili Bogu, który stał się podobny do nas we wszystkim, oprócz grzechu.
Żyjemy w cywilizacji wyuzdania, wulgaryzmu, prymitywizmu. Żyjemy w czasach, w których pewni ludzie wychodzą na ulice po to, by chwalić się tym, że kierują się orientacją seksualną, czyli że zachowują się jak zwierzęta. To przecież cecha zwierząt, że nie kierują się miłością i odpowiedzialnością, lecz instynktami i popędami. Żyjemy w cywilizacji, która kpi sobie z czystości, a za autorytety uznaje ludzi, których panem jest brzuch i których zachowania pełne są nieczystości. Tacy ludzie walczą z Chrystusem, bo On promieniuje miłością czystą, przezroczyście bezinteresowną, wolną od pożądliwości ciała.

Kapłani i osoby konsekrowane są powołani do bycia dla współczesnych ludzi wzorem czystości w słowach, gestach, spojrzeniach, uczynkach. Jezus uczy nas bycia blisko drugiego człowieka, bycia serdecznymi i czułymi na Jego sposób, czyli w sposób przezroczyście czysty. W tej dziedzinie naszym obowiązkiem jest nie tylko troska o osobistą czystość, lecz także odważne demaskowanie demoralizatorów. Mamy przypominać możnym tego świata, że w historii ludzkości upadły wszystkie cywilizacje i potęgi, w których ludzie zaczęli dopuszczać się wyuzdania i grzechów nieczystych na wielką skalę. Nic tak nie niszczy w człowieku godności, wrażliwości i sumienia, jak grzechy nieczyste, cudzołóstwo, wyuzdanie, podporządkowanie się popędom. Mamy bezkompromisowo bronić dzieci i młodzież przed demoralizatorami, którzy podsuwają nieletnim pornografię, zachęcają ich do bawienia się seksualnością i wmawiają, że coś innego niż miłość i odpowiedzialność chroni ludzi przed krzywdami i cierpieniami w sferze seksualnej. Naszym zadaniem jest głośno przypominać słowa Jezusa: Kto by stal się powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza. (...). Biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie (Mt 18, 6-7).


STACJA XI
Jezus wyciągający ku nam ramiona z krzyża

Gdy ktoś z bliskich nam osób bardzo nas kocha, wtedy na nasz widok wyciąga ku nam ramiona. Chce nas objąć i czule przytulić. Pragnie w ten sposób potwierdzić swoją miłość. Gestem otwartych ramion okazuje wielką radość z naszego istnienia i z naszej obecności. Żołnierze, którzy przybijają Jezusa do krzyża, nie zdają sobie nawet sprawy z tego, że oto z wysokości krzyża Zbawiciel wyciąga otwarte ramiona ku ludziom wszystkich czasów, ras i pokoleń. Jego ramiona pozostaną odtąd na zawsze otwarte dla każdego człowieka.

Rozpostarte ramiona ukrzyżowanego Jezusa są wypełnieniem sceny z Jego przypowieści o miłosiernym ojcu, który z miłością obejmuje marnotrawnego syna, gdy ten powraca.
Jest jednak niewyobrażalna cena za to wyciągniecie ramion Boga do człowieka. Tą ceną jest przybicie do krzyża Syna Bożego. Powołaniem kapłanów i osób konsekrowanych jest wychodzenie ku współczesnym ludziom z otwartymi ramionami miłości ofiarnej, wiernej, bezinteresownej, miłosiernej. Właśnie tą miłością różnimy się od ludzi, którzy wygodnie urządzają się w życiu na zasadzie egoistycznych singli. Oni nie podejmują nieodwołalnych i trudnych zobowiązań na zawsze. Czynią to, co przyjemne, a nie to, co słuszne. Biada tym duchownym, którzy tak postępują, że ich życie nie różni się od życia wygodnie urządzonego singla. Biada tym księżom, którzy żyją wygodniej niż zatroskam o swoich bliskich mężowie i ojcowie. Biada tym siostrom zakonnym, które są mniej ofiarne niż dobre żony i matki.

Jako kapłani i osoby konsekrowane rezygnujemy z małżeństwa i rodziny właśnie po to, by o obcych ludzi troszczyć się z miłością, z jaką kochający małżonkowie i rodzice troszczą się o swoich najbliższych. Przyjmując święcenia kapłańskie czy składając śluby zakonne, zobowiązujemy się tak żyć i tak kochać, by w naszej postawie ludzie, do których jesteśmy posłani, widzieli wyciągnięte ku nim z miłością ramiona ukrzyżowanego Chrystusa.


STACJA XII
Jezus ufający Ojcu do końca

Przed śmiercią Jezus wykrzyczał słowa, które mogą nas zaniepokoić: Boże mój, czemuś mnie opuścił? (Mt 27, 46). Cytując z wysokości krzyża te słowa autora psalmów, Ukrzyżowany Zbawiciel upewnia nas o tym, że rozumie naszą sytuację w obliczu cierpienia. My, potomkowie Adama i Ewy, w obliczu wielkich cierpień czy bolesnych krzywd mamy prawo wykrzyczeć nasz ból do Boga, który wszystko słyszy i wszystko rozumie. Mamy też przypominać ludziom tej ziemi, że w obliczu ich krzyży i cierpień, które wydają się agonią, śmiercią i końcem wszelkiej nadziei, mają prawo wołać do Boga: dlaczego?

Wykrzykiwanie naszego bólu i naszych pytań nie jest oskarżaniem Stwórcy o zło tego świata. Dobrze wiemy, że Bóg jest niewinny, że w swoim wcielonym Synu to właśnie On jest najbardziej skrzywdzony i udręczony. Mimo to wykrzykujemy nasz ból do Niego, bo przecież największy ból można wypowiedzieć tylko wobec największego przyjaciela. Naszą bezradność i nasze zagubienie możemy zawierzać jedynie temu, kto kocha najbardziej. W obliczu dramatycznych cierpień i krzywd nie zabraniajmy ludziom tej ziemi wołać do Boga tak, jakby to On nas opuścił, a nie my Jego. Pomagajmy cierpiącym, by po wykrzyczeniu bólu naśladowali postawę Jezusa, który w obliczu śmierci nie kieruje się przeżyciami, lecz zaufaniem do Tego, który nigdy Go nie opuścił: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego (Łk 23, 46).

Zadaniem kapłanów i osób konsekrowanych jest przyprowadzanie ludzi do Jezusa, by mogli się z Nim pojednać w każdej, nawet najbardziej dramatycznej sytuacji życiowej. I by wiedzieli, że Bóg zawsze ich kochał i kocha, najmocniej i najmądrzej jak to jest tylko możliwe. Także wtedy, gdy byliśmy przekonani, że On nas opuścił, że nas nie rozumie lub że innych ludzi kocha bardziej niż nas. Gdy zawierzamy życie Jezusowi śmiertelnie skrzywdzonemu na krzyżu, wtedy On pomaga nam uśmiercać w sobie to, co przeszkadza kochać, by przetrwało to, co od Niego pochodzi.


STACJA XIII
Matka przyjmująca zabitego Syna w ramiona

W tej stacji Drogi Krzyżowej przypominamy sobie o zapewnieniu Jezusa, że kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. Cierpienie jest tylko doczesne. Także krzyż jest tylko doczesny. Jedynie radość - podobnie jak miłość - jest wieczna. W obliczu najbardziej nawet dramatycznych doświadczeń, krzywd i cierpień przychodzi moment zdjęcia z krzyża. Jezus też tego doświadczył. Udręczone ciało Zbawiciela wzięła z miłością w swoje ramiona Jego Matka. Ona zachowała nadzieję wbrew nadziei. Maryja nie krzyczała ani pod krzyżem, ani teraz. Była pewna, że Syn powróci. Zapowiadał to przecież swoim uczniom. A Ona uważnie wsłuchiwała się w każde Jego słowo. I żadnego z tych słów nie zapomniała. Nie wiedziała tylko, w jaki sposób słowa te się wypełnią.

Każdy z nas u kresu ziemskiej pielgrzymki będzie złożony w ręce Jezusa i Jego Matki. Jednak najpierw powinniśmy dobrze wykorzystać dar życia w doczesności. Ten dar otrzymaliśmy od Boga po to, by kochać w najtrudniejszej nawet sytuacji. Kto nie kocha, ten żyje tak, jakby już umarł. Ten nie znajduje sensu swego istnienia. Ten przechodzi z życia do agonii umierania. Nawet wtedy, gdy jest młody, zdrowy, utalentowany i bogaty. W tej stacji Drogi Krzyżowej Jezus pyta mnie o to, co czynię ze skarbem mego życia. On pyta mnie o to, czy kocham: ofiarnie, bezinteresownie, mądrze, radośnie, do końca, bez dnia wolnego. I czy kocham także tych, których nikt nie kocha: biednych, skrzywdzonych, bezradnych, uwięzionych, którzy nie są w stanie odpłacić dobrem za dobro.

Kapłani i osoby konsekrowane są powołani do świadczenia własnym życiem o tym, że kochają bardziej niż poganie. Jeśli ktoś z nas kocha jedynie tych, którzy jemu okazują miłość, to jest jedynie dobrym poganinem, ale nie uczniem Chrystusa. W tej stacji Drogi Krzyżowej Zbawiciel przypomina nam o tym, że życie doczesne nie jest największą wartością. Ono jest drogą do życia wiecznego. A życie wieczne nie wynika z natury człowieka, gdyż nasza natura nie jest wieczna. Wieczne istnienie człowieka wynika z wiecznej miłości Boga do człowieka. Stwórca wskrzesi każdego z nas przy końcu doczesności. Jednak to od nas zależy, jakie będzie nasze życie wieczne: w niewyobrażalnej radości zbawionych czy w wiecznej rozpaczy potępionych.


STACJA XIV
Jezus w grobie przywalonym kamieniem

Bywają takie trudne okresy w naszym życiu, które jawią się nam jak ciemna noc, pozbawiona choćby jednego światełka nadziei. Zdarzają się skrajnie bolesne sytuacje, które sprawiają, że czujemy się tak, jakbyśmy byli już złożeni do grobu. Są takie momenty w naszym osobistym życiu czy w życiu tych, których najbardziej kochamy, że zawala się cały nasz dotychczasowy świat, że tracimy poczucie bezpieczeństwa, że nie mamy już nadziei, że nie widzimy już żadnego rozsądnego rozwiązania, żadnego dobrego wyjścia. Pozostaje jedynie ciemność, ból i przekonanie, że to wszystko nie ma sensu.

Jedną z najbardziej bolesnych prób są poważne wątpliwości w wierze, bo przecież wiara w Boga, który nas rozumie i kocha, to fundament naszej egzystencji. Bez tej wiary wszystko staje się chwiejne, względne, zawodne. Bez wiary nie ma nadziei ani miłości. Przeżywamy jakby złożenie do grobu także wtedy, gdy ogarniają nas poważne wątpliwości co do naszego powołania i jego sensu. Czasem bywamy boleśnie rozgoryczeni niewdzięcznością ludzi, którym pomagamy czy brutalnym atakom możnych tego świata na Boga, na Kościół, na duchowieństwo, na nas osobiście. W takich momentach trzeba trwać na modlitwie przy Chrystusie złożonym do grobu. Trzeba być blisko Maryi, która umacniała uczniów w Wieczerniku. Oni byli przerażeni i mieli już tylko jedno pragnienie: schować się przed światem i zapomnieć o tym, że kiedykolwiek znali Jezusa.

Źli ludzie postanowi dopilnować, by Jezus pozostał w grobie na zawsze, by był już tylko przeszłością. Następcy takich ludzi mają podobne zamiary. Robią wszystko, by Jezus nie był obecny w życiu społecznym, w miejscu nauki i pracy, w mediach, w kulturze, w codzienności. A Jezus powołuje nas do tego, byśmy odsuwali te wszystkie kamienie, które oddzielają ludzi od Boga: kamienie kłamstwa, egoizmu, przewrotności, demoralizacji, kamienie naiwności, bezradności, rozpaczy. Odsuwanie tych kamieni to początek nowej ewangelizacji. To świadczenie o tym, że miłość można ukrzyżować, ale nie można zatrzymać jej w grobie.


STACJA XV
Jezus powraca, bo kocha

Jezus nie pozostał w grobie. Zmartwychwstał, jak zapowiedział to swoim uczniom. Wrócił do Ojca, a jednocześnie - w swojej niezwykłej wyobraźni miłości - powrócił do nas. Ukazał się swoim apostołom. Pozwolił, by dotykali Jego otwartych ran. Upewniał ich o swojej miłości, ale też pytał o to, czy kochają bardziej niż inni. Zmartwychwstały Jezus upewnia nas o tym, że nie jest jednym z wielu męczenników, którzy mogli zachować wierność wobec Boga jedynie za cenę życia. Jezus miał moc, wobec której ludzie byli bezradni. On mógł nie wyruszyć na drogę krzyżową. Nikt nie był w stanie przymusić Go do tego, by wziął krzyż i by zaniósł ten krzyż aż na Golgotę. Jezus uczynił to dobrowolnie, bo ukochał nas do końca. On wiedział, że Jego śmierć na krzyżu nie będzie porażką, lecz zwycięstwem, nie będzie końcem, lecz początkiem nowego, wiecznego przymierza. Najpierw pozwolił wystawić swoją miłość do nas na śmiertelną próbę. A później wrócił, bo ten, kto kocha, pozostaje przy tych, których kocha.

Jezus żyje i jest dla nas obecny w Kościele, w Eucharystii, w swoim słowie, w sakramentach, w naszych sumieniach. Pozostaje z nami aż do skończenia świata. Bez Niego nic dobrego nie jesteśmy w stanie uczynić. A z Nim jesteśmy w stanie poradzić sobie z każdą trudnością i z każdym krzyżem. Już nikt nie może nam zabrać Jezusa. Już nikt nie może nas od Niego odłączyć. Nikt poza nami samymi. A my chcemy trwać przy Nim - do końca.

Jezus zmartwychwstały powraca do nas, by w nas zmartwychwstawało to, co Boże i święte. On posyła nas do ludzi naszych czasów, by i oni żyli w obecności Zmartwychwstałego. Wprawdzie również wtedy, gdy będziemy trwać przy Jezusie, życie przyniesie nam może podobne jak wcześniej trudności i krzyże, ale my sami będziemy już zupełni inni. Będziemy zdolni kierować się miłością Jezusa. To miłość, która jest cierpliwa, która nie szuka poklasku, nie pamięta złego, która wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję. To miłość, która wszystko przetrzyma (por. l Kor 13, 4-7).


Modlitwa trwania

Jezu Ukrzyżowany i Zmartwychwstały, przeszliśmy z Tobą po raz kolejny Twoją drogą krzyżową. Raz jeszcze przypatrywaliśmy się starciu dobra ze złem na tej ziemi, którą po grzechu pierworodnym uczyniliśmy doliną ciemności i padołem łez. W obliczu niezawinionego cierpienia starotestamentalny Hiob pytał o sens tego, co bolesne. Nie znalazł odpowiedzi, a jego przyjaciele sugerowali mu odpowiedzi błędne. My już nie musimy po omacku szukać odpowiedzi na pytanie o to, jak mamy postępować w obliczu cierpień i krzyży, których nie unikniemy.

Ty, Jezu, jesteś odpowiedzią na pytanie o cierpienie. Odpowiedzią jest miłość, która kocha także wtedy, gdy cierpi. Ty dajesz nam receptę na życie w każdej sytuacji. Upewniasz nas o tym, że życie człowieka nie przestaje być drogą błogosławieństwa nawet wtedy, gdy czasem - z naszej winy lub z winy innych ludzi albo z mocy złych duchów - wiedzie krzyżowymi drogami. Jeśli zachowujemy Twoje przykazania i trwamy w Twojej miłości, to nic nie oddzieli nas od Ciebie ani od Twojej radości, jakiej ten świat dać nie może. Ty przyszedłeś do nas w ludzkiej naturze, chociaż wiedziałeś, jaki los zgotują Tobie ci, którzy nie kochają. Wziąłeś krzyż i poddałeś się okrucieństwu ukrzyżowania po to, by już odtąd człowiek nie krzyżował człowieka. Ty chcesz być ostatnim ukrzyżowanym. Kochasz nas tak ofiarnie, że nasz los jest dla Ciebie ważniejszy niż Twój własny los. Ty kochasz najbardziej. Chcemy być świadkami Twojej miłości: wobec samych siebie i wobec tych, których stawiasz na naszej drodze.


Autor: Ks. Marek Dziewiecki, w: Droga Największej Miłości, Szczecinek 2013.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz